Kiedy byłem jeszcze młodszy (co jest do przyjęcia) i jeszcze głupszy (co jest, w przeciwieństwie do poprzedniej tezy prawie niemożliwe), czytałem jedynie kryminały Dean Koontza, horrory Grahama Mastertona oraz "Władcę Pierścieni". Byłem jednym z tych zatwardziałych fanów elfów, hobbistów i krasnoludów, do których nie trafia, że może istnieć jakaś inna fantasy niż Tolkien. Zaściankowe myślenie byłoby bardzo wygodne dla tak leniwego osobnika jak ja, gdyby nie pędno wiedzy. Ten pęd zagnał mnie któregoś dnia do księgarni, a tam, ku chwale sprzedawców, którzy ustawili je na półkach i ku chwale właścicieli, którzy ustanawiali ceny, leżały promocyjne wydania Piekła Pocztowego. Gdybym wtedy posłuchał chłopsko zaciągających i przestarzałych znajomych, prawdopodobnie nie zakupiłbym tego małego dzieła sztuki, jednak jak już wspomniałem, cechuje mnie pęd do wiedzy, więc ku chwale tego pędu, zdjąłem książkę z półki i postanowiłem ją przeczytać - w domu. Ośmieliłem się sprzeciwić zwierzchnictwu Tolkiena, porzuciłem na jakiś czas elfy i hobbisty i pogrążyłem się bez reszty w przygodach Moista von Lipwiga. Tak sobie czytałem od kilku godzin, książka przylepiła mi się do palcy, a tekst do oczu, oderwać się nie mogłem - pierwsza myśl: czy aby zasługuje, by odłożyć Władcę na półkę? Tak! Wspaniała, wciągająca fabuła, zabawne lecz jednocześnie inteligentne teksty i dający się lubić główny bohater, toż to prawdziwa uczta dla czytelnika. Ale jestem niestały i nie kupiłem drugiej książki Pratchetta. Do czasu oczywiście. Nie zapomniałem o Terrym, po prostu miałem czytelniczy kryzys. Jednak jaka była pierwsza książka, która go przełamała? Była to Straż Straż, którą skończyłem kilka dni temu i która sprawiła, że kupiłem cztery kolejne tomy prozy Pratchetta.
Dzięki Pratchettowi otwarły mi się oczy na fantastykę, odzyskałem wiarę w książki, polubiłem siedzenie z knigą po nocy i odkryłem jeden z najbarwniejszych i najzabawniejszych światów fantastyki. Jego styl przemawia do mnie, mieszanka humoru, filozofii i magii, nawet jeśli magia nie występuje w danym momencie. Ankh-Morpork jest bardzo przewrotnym miastem i żeby przeżyć, trzeba być niezłym prawie we wszystkim... I dlatego tak ciekawie się o tym czyta.
Dziękuję Ci, Terry.
Dodane przez Angelus
dnia 19/06/2010 17:42 ·
9 Komentarzy ·
386 Czytań ·
Hmm... Wiecie, gdybym ja miała pisać taką listę zasług Pratchetta wobec mnie, dodałabym jeszcze jeden bardzo ważny punkt: dzięki jego książkom poznałam tych wszystkich cudownych (choć w większości szalonych) ludzi, którzy tworzą ten portal. Co prawda Angelus chyba nie bardzo o tym wie, bo pojawił się na jeden dzień i zniknął. Może interesowało go tylko dodanie artykułu, a nie chciał się z nami zadawać? Ja nie mogę tego zrozumieć.
ja jako pierwsza ksiażke Pratchetta przeczytalam 'Zimistrz'. Niezbyt mi sie spodobalo, ale zamowilam w necie 'Na glinianych Nogach'. I tak zeczela sie moja Pratchettomania xD
V down Bowen
Ja też pierwszego przeczytałem Kosiarza i przez jakiś czas nie sięgnąłem po Pratchetta. Jednak nic od czasu Kosiarza nie było tak cudowne (no, mogą powalczyc o pierwszeństwo jeszcze RO i PB.).
Ja też przeczytałam Piekło Pocztowe jako pierwsze.
Wciągnęło mnie.
Do dziś mi zostało, że jak słyszę o poczcie, to się uśmiecham.
No i Moista uwielbiam, po prostu.
Zgadzam się z Adrianną Masz niesamowite szczęście. Na początek byłby też dobry Wiedźmikołaj albo... Piekło pocztowe Ja zacząłem od Kosiarza i przez rok nie tykałem Pratchetta. Później dostałem Wiedźmikołaja i pokochałem te książki.
rozwalił mnie tekst Gdybym wtedy posłuchał chłopsko zaciągających i przestarzałych znajomych...
a generalnie to miałeś, chłopcze, wielkie szczęście, trafiając na Piekło jako pierwsze - bo, przynajmniej wg mnie, to jest jedno ze szczytowych osiągnięć Pratchetta ;]
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.
Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.